Smok, który kichał gwiazdkami
Bajka audio na dobranoc: smok, magiczna, 6 min. Stworzona w Purrytale.
- 5-minutowa bajka
- męski lektor
- dla starszaków (6–8)
Pomysł na tę bajkę
“Antoni poznaje na skraju lasu za swoim ogrodem małego szmaragdowozielonego smoka Bolka o miękkich skrzydełkach, który zamiast ognia kicha chmurkami złocistych i błękitnych gwiazdek. Smok bardzo się tego wstydzi. Antoni pomaga mu odkryć, że jego świecące kichnięcia mogą rozświetlić drogę nocnym zwierzętom, a potem obaj wyciszają się przed snem.”
To jedno zdanie to cała treść zamówienia. Purrytale napisało bajkę, a potem ją nagrało. Zaczyna od tego pomysłu. Zmień wszystko przed wygenerowaniem.
Czytaj razem
Dzieci mogą czytać podczas słuchania — widok wielkimi literami pomaga tym, które dopiero uczą się czytać.
Na samym końcu ogrodu Antoniego rosły stare, rozłożyste leszczyny. Właśnie tam, tuż pod gęstymi gałęziami, zaczynał się las pachnący mchem i wieczornym chłodem. Chłopiec lubił przychodzić w to miejsce o zmierzchu, kiedy cienie powoli kładły się na trawie.
Tego dnia usłyszał cichutkie chrobotanie. Coś zaszeleściło w paprociach. Antoni przykucnął, wstrzymując oddech, i wtedy zza pnia wyłonił się niezwykły stworek. Był szmaragdowozielony, wielkości sporego kota, a po bokach miał aksamitne, miękkie skrzydełka.
— Cześć — odezwał się cicho chłopiec, żeby nie spłoszyć gościa. — Jestem Antoni.
Smoczek drgnął, spojrzał wielkimi oczami i pisnął nieśmiało: — Bolek...
Chwilę później nos Bolka zaczął się marszczyć. Smok zamknął powieki, wciągnął powietrze raz, drugi, aż wreszcie kichnął z całych sił. Antoni zamrugał ze zdumienia. Z pyszczka smoka nie wyleciała ani smuga dymu, ani najmniejszy płomyk. Zamiast tego w powietrze uniosła się chmurka wirujących, złocistych i błękitnych gwiazdek. Opadły miękko na trawę, lśniąc łagodnym, ciepłym blaskiem.
Bolek natychmiast schował pyszczek w łapkach, a jego miękkie skrzydełka opadły smętnie aż do samej ziemi. — Prawdziwe smoki zieją groźnym ogniem — wyszeptał zmartwiony smok. — A ja tylko tak... kicham świecidełkami. Wszyscy w bajkach mówią, że to wstyd.
Antoni podszedł krok bliżej i usiadł po turecku. — Wcale nie wstyd, Bolku. Twój ogień nikogo nie oparzy, a te gwiazdki są piękniejsze niż cokolwiek w całym ogrodzie.
W tej samej chwili z gęstwiny lasu dobiegło ciche popiskiwanie. W zaroślach szamotała się rodzina jeży. Mama jeżowa dreptała nerwowo w kółko, a za nią troje maluchów piszczało cichutko. W lesie zapadł już głęboki zmrok, a na ich zwykłej ścieżce leżały suche, kłujące gałęzie sosny. Jeżyki zgubiły drogę do norki ukrytej pod korzeniami dębu.
— Widzisz to? — zapytał Antoni, wskazując na bezradne zwierzątka. — Prawdziwy ogień spaliłby im drogę i bardzo je przestraszył. Ale twoje gwiazdki... Bolku, potrafisz kichnąć jeszcze raz?
Smoczek pokręcił niepewnie głową. — Tylko wtedy, gdy coś mnie załaskocze.
Antoni rozejrzał się uważnie. Na szczęście tuż obok, na skraju trawnika, rosły wysokie kłosy polnych traw z puszystymi wiechami. Chłopiec zerwał jedno miękkie źdźbło. — Pozwolisz? — uśmiechnął się Antoni i delikatnie dotknął zielonego noska Bolka.
Smok zmarszczył pyszczek. Raz, dwa... Apsik!
Nad ścieżką uniosła się cała chmara błękitnych i złocistych iskierek. Poszybowały w stronę lasu i zawisły tuż nad ziemią, rozświetlając leśne runo kojącym, bursztynowym światłem. Cała dróżka wiodąca między suchymi gałęziami stała się jasna i bezpieczna.
Jeżowa mama natychmiast uniosła nosek. Spokojnie poprowadziła swoje dzieci wprost do dębowej kryjówki, a małe jeżyki dreptały wesoło, bezpieczne w ciepłym blasku.
Bolek wyprostował się dumnie. Jego skrzydełka zatrzepotały miękko z radości, a na pyszczku pojawił się szeroki uśmiech. — Ojej! Naprawdę im pomogłem! Moje gwiazdki są potrzebne!
— Bardzo potrzebne — przytaknął Antoni, klepiąc smoka delikatnie po łuskowatym grzbiecie. — Rozświetlasz ciemność tak łagodnie, że nikt się nie boi.
Iskierki na leśnej ścieżce zaczęły powoli przygasać, zamieniając się w senny, złocisty pyłek. W lesie ucichły wszystkie szelesty. Wiatr ustał, a liście leszczyny przestały drżeć.
Bolek zwinął się w mały, szmaragdowy kłębek tuż obok butów Antoniego. Oparł brodę na łapkach i ziewnął przeciągle, przymykając powieki. Jego miękkie skrzydełka otuliły go niczym najcieplejszy kocyk.
Antoni poczuł, że jemu także opadają powieki. Przykrył smoka garścią miękkich, suchych liści dębu, które pachniały słońcem i spokojem.
— Dobranoc, Bolku — szepnął chłopiec.
Z noska małego smoka uniósł się jeszcze jeden, maleńki, pojedynczy błękitny błysk, po czym zgasł cichutko w zapadającym zmierzchu. Antoni wstał z trawy i powolnym, sennym krokiem ruszył w stronę domu, wiedząc, że nocny las jest bezpieczny, rozświetlony najpiękniejszymi snami.